Becky Hill wydała „Changes” - singiel, który zderza rytmy drum and bassu z glitch-popem i zapowiada album „REBECCA”. Płyta ukaże się 13 listopada.

Chaos, ale ułożony

Wokalistka opisuje swoje podejście jako kuratorowany chaos, czyli kontrolowaną anarchię rozpisaną na kilka gatunków naraz. W „Changes” słychać to od razu: produkcja jest maksymalistyczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów, a mimo to trzyma się refrenu, który zapada w pamięć po pierwszym przesłuchaniu. Głos Hill prowadzi całość i nie daje się przykryć nawet wtedy, gdy pod spodem robi się gęsto.

Album zbierany kawałek po kawałku

„REBECCA” powstaje na oczach słuchaczy. Wcześniej pojawiły się „hands on me”, „what do i have to do?” i „More! More! More!”, a o starcie tego cyklu pisaliśmy przy zapowiedzi albumu singlem „what do i have to do?”. Wersja cyfrowa dostanie dodatkowo „Say Something” z Sonnym Foderą oraz niepublikowany numer z MEDUZĄ, czyli dwa nazwiska, które same w sobie ciągną klubowe parkiety.

Od „Lose Control” do własnego imienia

Tytuł albumu nie jest przypadkowy. Becky Hill przez lata funkcjonowała przede wszystkim jako głos w cudzych produkcjach, a przełomem okazało się „Lose Control” z 2019 roku. „REBECCA” to podpisanie się pełnym imieniem pod materiałem, w którym to ona ustala zasady, a nie dopasowuje się do cudzego numeru. Fizyczne wydania zapowiedziano w kilku wariantach, między innymi na czerwonym winylu splatter, czarnym winylu i na CD. Do premiery zostają dwa miesiące, a „Changes” działa w międzyczasie jak zapowiedź tonu całości: głośno, gęsto i bez udawania, że wszystko musi być poukładane.

Ciekawe jest też to, jak Hill rozkłada materiał między formaty. Numery z Foderą i MEDUZĄ trafiają wyłącznie do wersji cyfrowej, czyli tam, gdzie klubowa muzyka i tak żyje najdłużej, a fizyczne wydanie zostaje zwartą płytą z konkretnym początkiem i końcem. To rozwiązanie, po które sięga coraz więcej wokalistek z pogranicza popu i sceny tanecznej, i które pozwala zadowolić dwie zupełnie różne grupy słuchaczy naraz.

Źródło: Universal Music Polska